Prolog
Odpalam papierosa. Drugiego. Trzeciego. Kolejnego. Wyczerpana lekko pochylam się w lewą stronę i powolnym ruchem wyciągam z tylnej kieszeni paczkę Marlboro z ostatnimi jakie pozostały, aby dodać mi trochę otuchy. Uchyliłam opakowanie zziębniętymi palcami, którymi ledwo co ruszałam. Wokół było tak zimno, iż niewielkie płatki śniegu otulały je do snu. Całe moje ciało odczuło tą pogodę. Przemoczone ubranie to nie najlepsze rozwiązanie po zachodzie słońca w miejscu pełnym zgrozy.
- Kurwa
Ostatni. Jedynie to słowo udało mi się wydobyć spośród spierzchniętych warg. Jednym ruchem z całych mych pozostałych sił rzuciłam paczką w szopę znajdującą się nieopodal mnie. Dopiero teraz zwróciłam uwagę gdzie się znajduje. Ach, tak. Czy to… Piekło? Czyżby moje marzenie długowieczności na innym świecie zostało wysłuchane? Czy już nie będę odczuwać bólu, smutku, nie będę pamiętać o sytuacjach zabierających mi chęć do dalszej egzystencji? Czy to już? Ciekawa rzeczywistości mnie otaczającej rozejrzałam się wokół siebie. Było to lodowate miejsce zapełnione gołymi drzewami, jakby one również straciły chęć do życia. Nie pogodziły się z realnością świata i wybrały tą samą drogę co ja. W tym mrocznym miejscu niekończącej się otchłani nie widziałam za wiele, jedynie niewielkie przebłyski światła padającego z pełni księżyca. Kątem oka ujrzałam niedopałki od papierosów oraz kilka pogniecionych paczek. Dłonią chwyciłam wysuwającą się spod przechylających się przez silny wiatr gałęzi i powolnym ruchem wstałam z miejsca, w którym spędziłam ostatnie godziny. Nigdy nie byłam w tym tajemniczym miejscu, więc naszła mnie nagła ochota na sprawdzenie, gdzie się znajduję. Rozglądając się wokół, sprawdziłam czy nikt nie zabłądził tu razem ze mną. Byłam sama, jak cholerny pies uwięziony na łańcuchu. Zrobiłam pierwszy krok, drugi. Nogi coraz mocniej chwiały mi się na boki co było coraz trudniejsze do skontrolowania. Nie zauważywszy leżącej, niewielkiej kłody tuż przed nimi poleciałam do przodu. Rękami próbowałam zamortyzować wypadek, jednak z brakiem sił nie miałam zbyt dużej możliwości na korzystne zakończenie.
- Pieprzona niezdara…
Zaszemrałam pod nosem. Nawet tego nie potrafię zrobić w sposób prawidłowy. Postanowiłam w miarę swych możliwości odepchnąć się rękami i usiąść przy pniu drzewa, zlokalizowanym niedaleko mnie. Tylko tyle mi pozostało, nie dałabym rady podejść dalej. W jednej chwili zrobiło się tak błogo, z drugiej zaś strony pozostałam obojętna. Zaplątałam się w otchłań zawrotów głowy, nie czując rzeczywistości. Z każdym kolejnym oddechem osuwałam się powoli na ziemię, tracąc siły w całym mym ciele. Nogi wędrują w przepaść, a wraz z nimi reszta mnie. Mnie, tej która była przez długi czas. Radziła sobie z problemami, była szczęśliwa. Dbała o osoby dla niej ważne. To wszystko. Te ułamki sekund...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za komentarz :3